Jak ogórki kiszone zmieniły moją wizję macierzyństwa

Blog: Psycholog na macierzyńskim
Ten wpis bierze udział w konkursie: "Siła rodziców drzemie w blogosferze" - zagłosuj na niego udostępniając go na Facebooku.
Każdy z nas ma jakąś wizję bycia rodzicem. W coś wierzy, na coś zwraca szczególną uwagę, do czegoś dąży, czegoś stara się unikać. Najbardziej spójną i jednoznaczną wizję rodzicielstwa mają ludzie którzy nie mają jeszcze dzieci. Mówię to na podstawie własnych doświadczeń. Zanim urodził się mój syn dokładnie wiedziałam jaką chcę być matką. Wiedziałam co będę robić, czego na pewno robić nie będę i jak sobie to wszystko poukładam. Mój plan nie zakładał jednej rzeczy, jak się okazało tej najważniejszej . Faktu że bycie rodzicem to bycie przede wszystkim w relacji do swojego dziecka - człowieka z krwi i kości, który woli zasypiać wtulony w maminą pierś i budzić się w łóżku rodziców. Który nie lubi wiązania w chuście, lubi być noszony na rękach, brzydzi się gotowaną marchewką, uwielbia kiszonego ogórka, rzadko śpi w samochodzie, nie znosi leżenia na brzuchu i woli kicać na dwóch nóżkach zamiast przykładnie zabierać się do raczkowania.



Pod wpływem tego wszystkiego każdego dnia na nowo kształtuje się moja własna wizja bycia rodzicem. To co teraz wydaje mi się istotne to przede wszystkim umiejętność dostrzegania potrzeb dziecka. Bycie uważnym na to co się dzieje tu i teraz i reagowanie najlepiej jak się umie. I nie chodzi mi o „skakanie” nad dzieckiem i sprzątanie mu sprzed nóg każdej najmniejszej przeszkody. Nie chodzi też o wymaganie samodzielności większej niż to na danym etapie rozwoju jest możliwe. Takie zachowania na pewno nie są odpowiedzią na autentyczne potrzeby dziecka. Są one jedynie reakcją na tworzone przez nas wyobrażenia, które kształtują się pod wpływem naszych doświadczeń rodzinnych, opinii ważnych dla nas osób, tego co widzieliśmy, usłyszeliśmy, czy przeczytaliśmy. Czasem ta nasza wizja dziecięcego świata może być zbieżna z tym co naprawdę się dzieje, a czasem może być ona zupełnie nietrafiona. Dlatego nie bójmy się porzucać naszych wyobrażeń o tym jak powinno być. Po prostu patrzmy i słuchajmy. Nasze dziecko jest nam w stanie powiedzieć więcej niż najmądrzejsze poradniki, najbardziej doświadczone babcie i najlepiej przygotowani fachowcy.


Drugą ważną dla mnie sprawą jest autentyczność. Odwaga, żeby być sobą. Cieszyć się kiedy jest dobrze, smucić kiedy coś się traci, bać się kiedy coś zagraża i złościć się kiedy coś ciąży, przerasta i frustruje. Rodzic który jest autentyczny, który szanuje swoje przeżycia i nie boi się wyrażać emocji, daje swojemu dziecku najcenniejszą lekcję. Lekcję tego jak kochać i troszczyć się o drugiego człowieka, ale też jak radzić sobie ze swoim smutkiem , złością i lękiem. Udawanie że tych emocji w nas nie ma jest ślepą uliczką. Bo skąd dziecko ma się nauczyć tej trudnej sztuki jeśli nie od osób którym najbardziej ufa? Niestety najtrudniejsze jest to, że my sami często nie potrafimy otwarcie wyrażać swoich emocji. Tłumimy te które są dla nas niewygodne czy nieprzyjemne. Złość zastępujemy uległością, manipulacją emocjonalną, wycofaniem. Smutek ukrywamy pod maską obojętności, wymuszonego uśmiechu, niezadowolenia. Lęk spychamy do naszej podświadomości i po prostu udajemy że wcale się nie boimy. Albo wręcz przeciwnie, powalamy żeby te emocje nami targały zabierając spokój nam i naszym bliskim.

Dlatego wychowanie naszych dzieci powinniśmy zacząć od nas samych. Od takiej zwykłej codziennej pracy nad tym żeby lepiej rozumieć samych siebie i kochać siebie za to jacy jesteśmy naprawdę. To najcenniejsza umiejętność jakiej każdego dnia mogą od nas uczyć się nasze dzieci.
Trwa ładowanie komentarzy...